Jest tak: Dzień ślubu zbliża się wielkimi susami. Kołowrotek spraw
(sala, sukienka, didżej, rozchodzić buty, lista gości, poprawki, kwiaty,
kancelaria, ciocia śpiewa psalm, ratunku) osiąga apogeum. W tym
własnie momencie na drodze wyrasta... o, nie! Wieczór panieński.
Trzeba coś zrobić. Zaprosić dziewczyny (większość nawet się nie zna).
Wymyślić coś. Możliwie mało żenującego... Albo się upić...
Albo... nie robić nic?
Byłam świadkową trzy razy. I już za pierwszym pomyślałam: przecież to
nie tak! Czy Panna Młoda nie ma już dość stresów? Czy ten wieczór,
ostatni i jedyny, przyjazny i kobiecy, nie powinien raczej sprawić,
by odpoczęła i nabrała sił przed "wielkim skokiem"? Żeby poczuła się
piękna i kochana? By wróciła do samej siebie, do tego, co kocha i co lubi?
A my, jej przyjaciółki, koleżanki, siostry chcemy przecież w ten wieczór
powiedzieć jej, że jest dla nas ważna. Że życzymy jej wielkiego szczęścia,
że ją lubimy, kochamy, cenimy i to dlatego chcemy z nią świętować.
Może by więc... wykąpać ją w podziwie, ubrać w miłość, otulić
życzliwością, szczodrze obdarować pięknem, nakarmić pewnością siebie
i napoić winem radości (lub czymś innym, równie radosnym, z palemką)?
Przy okazji można by zwiedzić różne światy, w których zawsze chciała się
znaleźć... Wskrzesić dawne szały... Poodkrywać razem nowe lądy...
i stamtąd pomachać jej, gdy będzie odpływała w swój wielki rejs.
Chcecie wiedzieć, co było dalej? Otóż: wypaliło! No, i postanowiłam
pomagać innym zestresowanym świadkowym. Jeśli chcecie zorganizować
naprawdę niezwykły wieczór, piszcie, dzwońcie, czekam na Was!
Gorąco polecam tę Panią!:D
OdpowiedzUsuńPolecam serdecznie! Dziewczyna ma wyczucie!! :)
OdpowiedzUsuń